Witam serdecznie.
Tyle w ostatnich dniach oglądałam i podziwiałam dekoracji szydełkowych,
że mnie też w końcu wzięło, zaczęłam produkcję śnieżynek.
Oto kilka już wysuszonych i utwardzonych.
A oto mój sposób usztywniania.
Płytę styropianu obłożyłam białym płótnem i mocowałam szpilkami, zabrałam takie z metalowymi łebkami no i naszły mnie wspomnienia z tym związane.
Kiedy byłam dzieckiem też formowaliśmy firany, serwety, obrusy, narzuty a nazywało się to szpanowaniem. Niektórzy mieli takie specjalne ramy drewniane z haczykami ale to najczęściej do dużych wyrobów tj do firan, kap czyli narzut na łóżka, itp.
U mnie w domu były tylko serwety i obrusy szydełkowe oraz robione na drutach i dlatego mieliśmy taki swój sposób szpanowania.
Na uprzednio wytrzepanym i wyczyszczonym na mokro a potem przesuszonym dywanie mama rozkładała prześcieradła i arkusze białego papieru i wtedy upinaliśmy szpilkami, setkami szpilek z metalowymi łebkami, które przy takiej ilości i twardym podłożu bo przecież podłoga była pod dywanem kaleczyły opuszki palców.
Co to była za ciężka i mozolna praca, na kolanach, powoli i dokładnie z zachowaniem równych odległości.
Na czas suszenia ten pokój był niedostępny dla dzieci a trwało to kilka lub kilkanaście dni bo nawet w piecu nie rozpalali, żeby nie zabrudzić z takim trudem wypranych i potem już wiemy co........
Ojej, były to ciężkie przygotowania, działo się wtedy tak dużo i to już cały grudzień dzień po dniu.
Ot i moje wspominki.
A te dwie nie są jeszcze wyprane i usztywnione. Pokazałam tak jak zeszły z szydełka.
Na moim styropianowym blacie "szpanuję" następną porcję oczywiście krochmalem.
Pozdrawiam wszystkich zaglądających.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za odwiedziny